sobota, 23 września 2017

Matura Bez Bólu!





Witajcie, miałam wstawić tu jakikolwiek post kiedyś... w jakiejś odległej przeszłości, ale w pewnym momencie zupełnie zapomniałam o tym, że założyłam tego bloga, a po drugie jakoś nikt mi nie dał pomysłów na żaden ciekawy społeczny temat, dopiero teraz życie samo mi go podsunęło.

Matura Bez Bólu - Tak brzmi wymyślony przeze mnie temat.

Postanowiłam opisać cały ten okres związany z maturą, przez który przeszłam, ponieważ wiele osób, które nie zdawały matury, nie ma o niej bladego pojęcia i czasami jeszcze bardziej się nią stresuje, a natomiast ci, którzy mają ją za sobą albo nie mówią o tym w ogóle (nauczyciele, rodzice, ogółem dorośli), albo nie opowiadają o niej w taki sposób jak powinni, a jeszcze inni twierdzą, że nie trzeba zupełnie nic robić, żeby ją zdać.

A prawda leży pośrodku...  Nauczyciele przekonują uczniów, że matura to seria wielu bardzo trudnych egzaminów z różnych przedmiotów, do których przygotowujemy się już od podstawówki, a w szczególności w liceum lub technikum. Uczniowie starszych roczników, rodzeństwo i wszyscy ci zbliżeni wiekiem do nas mówią tak opozycyjnie, że to nic takiego, nic nie musieli robić i w ogóle.

Nie robiąc nic w ogóle, owszem, można zdać, ale to są wyniki w zależności od przedmiotu najniższe z możliwych. Dajmy na to polski: tu granica jest szeroka, mało kto go potrzebuje, nie ukrywam, cóż, poza mną, ale bez uczenia się słabszy uczeń, który nie przeczytał w życiu ani jednej lektury i miał ledwie dwójkę na koniec powinien się zmieścić w granicach 60-50% lepszy 70-60% piątkowy, szóstkowy 80-90, a gdy komuś zależy, 100% może mieć jak w banku, tylko... musi być wypoczęty i spokojny, a nie zestresowany.

Niestety ja podchodząc do egzaminu z języka polskiego w tym roku, na razie mówię o podstawie, wchodząc do sali, byłam tak zdenerwowana, że z trudem podpisałam listę, ręce mi się trzęsły i po rozpoczęciu się egzaminu długo nie mogłam się do niego zabrać, więc polecam wszystkim, żebyście przestali przejmować się tym, co będzie i wykorzystali maksimum czasu, bo czasami warto trochę posiedzieć, każdy pomysł jest w końcu dobry, zwłaszcza przy pisaniu rozprawki, która wiem, że nie stanowi problemu nawet bez znajomości lektur. ;)

Cóż, mimo wszystko przy tym stresie udało mi się dobić do 95% z podstawy. Na rozszerzeniu, które - tak - pisałam, było już nieco lepiej pod względem opanowania i ogólnie samopoczucia. Nie stresowałam się i mogę się pochwalić wynikiem 100% z rozszerzenia, choć nie chcę, żeby ktoś uznał, że się przechwalam. Choć nie ukrywam, na kilka dni, nawet tygodni przed samą maturą, zakończeniem roku szkolnego i w ogóle, naprawdę sporo się uczyłam - tak, uczyłam się z polskiego, ale to akurat coś, co mi jest bardzo potrzebne na studia, filologię polską, więc chyba rozumiecie, że każdy w takiej sytuacji zrobi wszystko, żeby napisać taką maturę najlepiej, jak tylko potrafi, a nie ukrywam, że z tego powodu poziom stresu był u mnie jeszcze większy, a to naprawdę powoduje takie błędne koło.

Ale tak czy owak przyznam, że wcześniej się jakoś specjalnie nie uczyłam do matury z polskiego. Jedynie na sprawdziany, kartkówki, chodziłam raz w tygodniu na spotkania z polonistą w sprawie tego rozszerzenia, no i lekcje. Nie pisałam matury z chemii, a to byłaby część mojego profilu, więc w trakcie lekcji chemii często pisałam różne rozprawki z poprzednich lat (pani od chemii wiedziała, co robię ;)), czasami też oddawałam je poloniście tyle w kwestii polskiego.

Tak w ogóle decyzję o pisaniu rozszerzonej matury z polskiego podjęłam rok temu, a o pójściu na filologię polską w okolicach grudnia... Cóż, ja biorę to teraz tak podług siebie. Mi pisanie przychodzi łatwo, polski też, można powiedzieć, że to taki talent, więc wszelkie decyzje z tym związane mogłam brać na szybko, jednak ci, z mojego otoczenia, którzy tak łatwo z pisaniem nie mają, a nie ukrywam, w szkole na lekcjach mało się pisze i dość rzadko, tak więc jak mówiłam ci, którzy podjęli taką decyzję jak ja, taką dość szybką, spontaniczną, mieli, cóż, zależy dla kogo przekroczenie 50% to dużo, dla mnie nie, więc bez konkretnego uczenia niewiele zdobyli.

Dobra, odchodzę od polskiego i przechodzę do matematyki, z której nie jestem zbyt dobra. Cóż, kiedyś w gimnazjum byłam, nawet bardzo, ale czasami każdy tak ma, zresztą mnie matematyka nie interesuje, jestem humanistką i obecnie wiem, że nie powinnam na siłę się pchać do tego typu przedmiotów ścisłych.

Dzień matury z matematyki był jeszcze bardziej stresujący niż matury z polskiego, a wtedy tego samego dnia pisałam podstawę i rozszerzenie, co było dla mnie wtedy przerażające, choć z perspektywy czasu wcale niepotrzebnie.

Przed maturą z matematyki wszyscy byli zdenerwowani, no były nieliczne wyjątki w postaci mózgowców, którzy mieli z tego później 100%. 

W ciągu roku jedni dużo się uczyli, chodzili na korepetycje, dodatkowe zajęcia i w ogóle strasznie przeżywali tą matematykę, narzekając na to, czemu trzeba ją pisać albo wybierając sobie tematy, z których ta matura mogłaby być, żeby im się podobała. Nie wiem, czy znam jakąkolwiek osobę, która w kwestii matematyki powiedziała - A jakoś to będzie - lub coś podobnego. Choć na razie mówię o osobach, dla których matematyka to czarna magia, ci, którzy uważali inaczej, nie przejmowali się matematyką, do niczego nie była im potrzebna, wiedzieli, że dadzą radę, zdadzą.

Ja chodziłam na dodatkowe zajęcia raz w tygodniu od października, do lutego - tak, w lutym przestałam. Nie miałam ochoty na matematykę, choć tak szczerze to naprawdę się jej bałam. Ostatecznie zaczęłam powtarzać dopiero dzień przed maturą i przyznam, że siedziałam wtedy do północy.

Uzyskałam 50%, dla mnie nie jest to zły wynik, z polskiego by był, ale z matematyki tyle mi wystarczy i tak już nie będę miała z nią nic wspólnego. 😈

Ogółem powiem Wam, że przed matematyką w tym całym tym stresie znalazło się nawet i kilka zabawnych sytuacji. Niektórzy modlili się, niezły sposób, nawet skuteczny w tych przypadkach, inni opowiadali historie o swoim życiu miłosnym, dodam, że dość interesujące... haha! Cóż, ktoś nawet schował się za drzwiami sali, nie mam pojęcia czemu, ale wyglądało to komicznie, tak więc przed maturą z matematyki albo może poprawką najlepiej poproście znajomych, żeby rozluźnili atmosferę, która w mojej grupie zgęstniała dopiero wtedy, gdy pojawiła się taka obca nauczycielka, która wyrazem twarzy mówiła: - Spróbujcie zdać, to was zabiję - dosłownie tak to wyglądało. W dodatku musiałam siedzieć naprzeciwko niej.

I tak reasumując, nie wiem, czy słaby uczeń bez jakiegokolwiek uczenia się przed maturą z matematyki, jest w stanie ją napisać na 30%, w przypadku tego przedmiotu trzeba chociaż trochę powtórzyć, no chyba że jest się prawdziwym mózgowcem, bo w innym wypadku może nam nie zależeć na wyniku, ale w kwestii matematyki zawsze można się przeliczyć.

Przechodzę do angielskiego. Cóż, zważywszy na to, że poziom nauczania języków obcych w szkołach jest dość marny; rzadko zdarza się nauczyciel, który potrafi tak uczyć, żeby każdy zrozumiał, utrzymać miłą atmosferę i jeszcze chociażby chcieć podzielić się wiedzą. Jednak wiele osób na pewno chodzi na zajęcia dodatkowe poza szkolne, więc nie sądzę, żeby ktoś miał problem ze zdaniem matury z języka, poza tym to my wybieramy, który język zdajemy, a zdajemy ten, który potrafimy najlepiej, nawet jeśli znajdziemy się pośród dziesięciu osób, które go zdają.

Cóż, ja angielskiego uczyłam się sama, nie chodziłam do żadnej szkoły językowej, na lekcjach byłam aktywna, uważałam, nawet jeśli miałam być jedyną zainteresowaną osobą w grupie. Zdawałam rozszerzenie, tak dodam, sądziłam, że jeśli nie pójdzie z filologią polską, to pójdę na angielską. Z podstawy nawet jestem zadowolona, 86%, jednak z rozszerzenia nie, jak mówiłam, wyniki w przedziale pięćdziesięciu paru procent mnie nie interesują, jestem ambitna i dla mnie to swego rodzaju zniewaga. Wiem, że to zabawnie brzmi, ale może ma? ;) Miałam zamiar ten wynik poprawić, ale po wizycie na uniwersytecie - - - > o czym opowiem w następnym poście, okazało się, że dostanę się na filologię angielską i będę mogła studiować dwa kierunki, nie mówię, że spokojnie, bo to zobaczymy.

W kwestii odczuć, przed angielskim stresowałam się najmniej. Choć przyznam, że przed tym rozszerzeniem w pewnym okresie (w kwietniu) bardzo dużo się uczyłam. Powtarzałam słówka, różne frazy, gramatykę, rozwiązywałam testy, no i z jakiegoś powodu zaczynało mi iść gorzej niż wcześniej, co mnie martwiło. Może to już był jakiś znak? Nie mam pojęcia.

Cóż, teraz wspomnę coś o rozszerzeniach, których już nawet nie chciałam zdawać, tak jakoś je wpisałam i później nie wykreśliłam z obecnie nie znanych mi już przyczyn (tak przy okazji, dokładnie się zastanówcie, co chcecie pisać), ale może kiedyś zrobię jeszcze z tych kompletnie sobie przeciwstawnych przedmiotów jakiś pożytek. Konkretnie to mówię o tym, że zdawałam biologię i historię - obie trudne. O wynikach nie mówię, nie obchodzą mnie. Przed biologią panowała ogółem ponura atmosfera przerażenia, bo wszyscy, którzy to zdają, w większości, bo zdarzają się wyjątki, którym nie zależy, próbują się dostać na medycynę, stomatologię, farmację i tym podobne.

Przed historią panowała już zupełnie luźniejsza atmosfera, w dodatku dosłownie, bo na biologię czekało ponad sto osób, a na historii było nas kilkoro. U mnie w grupie byłam jedną z dwóch dziewczyn. Cóż, poszłam na te przedmioty, bo poszłam, bo nie chciałam zera, wolałam mieć wpisane kilka procent niż przyciągające wzrok zera. Wyniki w sumie nie były nawet takie niskie i gdyby mi zależało, mogłabym nawet całkiem sporo uzyskać, ale sądzę, że to było dobre podejście, bez stresu, a gdyby do tego dochodziło jeszcze jakiekolwiek przygotowanie - miałabym bardzo wysokie wyniki.

A teraz przechodzę do matury ustnej, jedna jest z języka polskiego druga z wybranego przez nas języka obcego, w moim wypadku był to angielski. Normalnie przed podejściem do pierwszej z tych dwóch nie mamy za bardzo pojęcia jak to w rzeczywistości wygląda, bo zawsze opinie są podzielone. Nauczyciele jakiekolwiek matury ustne w klasie robią w dość mało adekwatny do prawdziwego egzaminu sposób i ciągle straszą, powtarzają, zwłaszcza poloniści, że to czy tamto może być na maturze ustnej, zapamiętajcie ten wiersz, obraz, bo może się wam przydać i tak w kółko.



Tak na prawdę, mówię to już teraz z zupełnie innej perspektywy, w kwestii matury z języka polskiego uczniowie zawsze znajdą na nią sposób. ;) Jednak dla tych, którzy nic o niej nie wiedzą, wyjaśnię parę spraw. Na maturę ustną każdy przychodzi w wyznaczony dzień na gala, jakby ktoś miał problem z wybraniem stroju, do wcześniej już wyznaczonej sali (zazwyczaj wszystko jest ustalane na początku kwietnia) na wyznaczoną godzinę, każdy ma indywidualną i indywidualny numer na liście (te informacje są potrzebne dla sprytnych ;)). Teraz już w tym temacie wiem o wszystkim, wcześniej nie wiedziałam, czasem nie jestem sprytna, a czasem po prostu nie chcę.

Teraz przechodzę do egzaminu, kiedy już się jest w szkole, czeka się przed salą na swoją kolej. Są tam osoby będące już po egzaminie oraz inni oczekujący. Od kwietnia każdy wie, kto jest egzaminatorem, są to zawsze dwie osoby, jedna osoba jest ze szkoły, druga spoza i nie może to być nauczyciel, który nas wcześniej uczył. O czasie egzaminator wzywa do sali i wtedy losuje się numer pytania z tematem i ma się w teorii 15 minut, w praktyce tyle, ile mówi osoba, zadająca egzamin przed nami, chyba że jest się osobą pierwszą na liście albo pierwszą z pięciu osób, bo co pięć osób jest przerwa i po niej otrzymuje się wyniki egzaminu, więc pierwszy zdający, szósty i tak dalej ma 15 minut albo tyle, ile potrzebuje. Odpowiedź na pytanie najlepiej, a właściwie należy ułożyć tak jak przy pisaniu rozprawki: wstęp (z tezą), rozwinięcie (3 argumenty) i zakończenie. Nie zapisujcie całości na kartce i tak się nie uda, najlepiej wszystko ułożyć w głowie, jakieś pomysły można zapisać. Takie moje rady. ;) Później egzaminatorzy zaczynają zadawać pytania, które zazwyczaj dotyczą tekstów kultury (lektur, wierszy, obrazów, reklam i tym podobnych), które wybraliśmy jako argumenty. Pytanie, czy to już wszystko, jest alarmem, że coś trzeba jeszcze powiedzieć. Choć, jeżeli nie wiecie co, to lepiej nic nie mówcie, powiedzcie po prostu: tak to wszystko.

W kwestii angielskiego lub niemieckiego albo jakiegokolwiek języka obcego jest podobnie, z tym że ja miałam jedną przygotowaną przez anglistkę maturę próbną w czasie rekolekcji i się już tak nie stresowałam. Wszystko jest ustalone, nawet spryciarze nic nie wykombinują tym razem. Egzamin ustny z angielskiego miałam już jako ostatni ze wszystkich, więc emocje powoli opadały. Nie stresowałam się tak, w dodatku byłam pewna, że sobie poradzę, choć wątpliwości jak zawsze mi towarzyszyły, znajomi znów opowiadali o swoim życiu miłosnym różne historie, co mnie trochę odstresowało.

Później zostałam wywołana, wylosowałam zestaw i zaczęła się wstępna rozmowa. Przyznam, że angliści w przeciwieństwie do polonistów nie dają czasu na przygotowanie się, strasznie się spieszą i na egzamin z angielskiego lepiej przyjść szybciej. Na początku myślałam, że na próbnym anglistka chce szybciej skończyć, ale tak jest u wszystkich, a przynajmniej ja tak miałam ze wszystkimi anglistami i na próbnym, i na właściwym (próbnych ustnych nie ma odgórnie, zależy od nauczyciela).

Ogólnie egzamin ustny z angielskiego składa się z kilku części. Na początku nauczyciele zadają zdającemu różne pytania, oczywiście po angielsku, później przechodzi się do zadania pierwszego, które to nic innego, jak dialog zdającego z egzaminatorem na wskazany na wylosowanej karcie temat, w którym trzeba uwzględnić wszystkie cztery podane aspekty, a egzaminator za wszelką cenę stara się temu przeciwstawiać, zadając przy tym wiele dodatkowych pytań.



Gdy dialog dobiega końca, przechodzi się do zadania drugiego – opisu obrazka, jest to łatwe zadanie, przy którym tak naprawdę nie trzeba opisywać obrazka ze szczegółami, wystarczy tylko podać kilka najistotniejszych rzeczy. Gdy już nam się to uda, główny egzaminator zadaje nam pytania, które też nie muszą się pojawić, jeśli przy opisie obrazka na nie odpowiemy.

Natomiast w trzecim zadaniu trzeba wybrać obrazek, który najbardziej pasuje nam do przedstawionego w temacie pytania, opisać go, wyjaśnić dlaczego odrzucamy pozostałe, a wybieramy ten i odpowiedzieć na pytania egzaminatora, których jeśli się utrafi, tutaj także można uniknąć.

I cóż, to tyle jeśli chodzi o Maturę, a przy najmniej będzie ona tak wyglądać przez najbliższe trzy lata? Po zakończeniu egzaminu ustnego czeka się jeszcze na wyniki. Wyniki ustnych podają jeszcze tego samego dnia, natomiast pisemnych w specjalnym ogólnopolskim terminie, w tym roku było to 30-ego czerwca, rok temu pamiętam było to 5-ego lipca, więc daty mogą być różne, ale i tak zawsze się je zna jeszcze z półrocznym wyprzedzeniem.

Dobrze, a teraz jeżeli ktoś nie dał rady przebrnąć przez wszystko, co tutaj napisałam, zostawiam jeszcze kilka ważnych, może przydatnych rad. Kto wie, co właściwie kiedy się przyda? Okay, a oto one:



NIE STRESUJ SIĘ, ZNAJDŹ NA TO JAKIŚ SPOSÓB, KAŻDY JEST DOBRY.



– TRZYMAJ RÓWNOWAGĘ POMIĘDZY ODPOCZYNKIEM A NAUKĄ. MOŻE W RAMACH RELAKSU ZAJMIJ SIĘ SWOIM HOBBY? MI SIĘ MOJE PRZYDAŁO. ;)






CZYTAJ DOKŁADNIE POLECENIA I PODANE TEKSTY, CZASAMI TO W NICH TKWI ODPOWIEDŹ. ;)

DOKŁADNIE SIĘ ZASTANÓW NAD TYM, CO CHCESZ ZDAWAĆ.

NIE BIERZ NA SIEBIE ZA DUŻO.

POSTARAJ SIĘ ZDECYDOWAĆ, CO CHCESZ STUDIOWAĆ.

PRZED EGZAMINEM ROZMAWIAJ ZE ZNAJOMYMI. MOŻE KTOŚ POWIE COŚ ŚMIESZNEGO I POPRAWI CI HUMOR?

Cóż, to tyle o maturach. Próbowałam to wstawić wcześniej, ale tak jakoś wyszło. Mam nadzieję, że komuś się to przyda. Sądzę, że wrzesień, kiedy składa się w szkołach te podania maturalne czy wnioski, to chyba dobry czas. Następny post będzie o początkach na studiach. Na pewno opiszę cały proces wybierania, rejestrowania się itp. może początek października, jeśli ktoś chce, mogę to opisać.

Pozdrawiam, lola3934 😘








sobota, 11 czerwca 2016

Powitanie!

Witam Wszystkich! Cóż, nawet nie wiem, jak zacząć. Tak, po pierwsze to muszę powiedzieć, że nawet nie jestem pewna, dlaczego rozpoczynam pisanie nowego bloga. No ale tak, zawsze jest coś do powiedzenia. O sztuce, muzyce, kuchni, szkole i innych sprawach związanych ze społeczeństwem. Chciałabym tego bloga prowadzić bardziej w formie forum i rozpatrywać różne przemyślenia na wybrany przez Was temat. 

Tym razem jeszcze żadnego nie mam, ale gdy coś wymyślę, na pewno o tym napiszę. Poza tym na początek chciałabym, żebyście to Wy zadecydowali, o czym ma być pierwszy post i rozpoczęli dyskusję.

Na razie to tyle, dziękuję Wszystkim za odwiedzenie mojego bloga.


Do następnego razu!


PS. Zapraszam także na mojego drugiego bloga, pod tytułem: Lola3934 - Zbiór Opowiadań. ;)